Pierwsze na rynku czasopismo, które stroni od teoretyzowania, natomiast wskazuje konkretne rozwiązania poparte przykładami z praktyki i opiniami wybitnych specjalistów.
Nie musimy wymyślać Ameryki |
Panie Profesorze, czy z perspektywy 20 lat podjąłby się Pan ponownie zadania stworzenia planu reform dla Polski?
Posiadam więcej wiedzy, a tyle samo energii. Mam jednak nadzieję, że nie będzie nigdy ponownie sytuacji, żeby Polskę trzeba było ratować aż z takiej katastrofy. Pytanie jest w tym sensie bezprzedmiotowe, bo nie przewiduję takiej sytuacji.
Czego Pan się obawiał, tworząc reformy 20 lat temu?
To była decyzja szybka, jednak nie pochopna. Nie podjąłbym tej decyzji, gdybym przez przypadek nie wykonał pewnego zadania domowego – to znaczy nie skompletował kilkanaście lat wcześniej zespołu i nie przeprowadził w nim prac nad tym, na czym polegają reformy gospodarki. Oczywiście, nie wszystko udało się przewidzieć. Ponieważ badaliśmy przypadki różnych reform, łącznie z takimi, które w socjalizmie nigdy się nie udawały, to na podstawie tych prac najbardziej obawiałem się tego, że dawka reform będzie za mała, a nie za duża. W związku z tym nie byłem skłonny słuchać głosów, że reformy przeprowadzane są zbyt radykalnie. Najbardziej bałem się scenariusza, że wszyscy się zgodzą, powiedzą: ufamy ci, a potem się okaże, że dawka reform była za mała i wszyscy będą rozczarowani. Dlatego dążyłem, żeby była w miarę duża. Problemy, które mamy w Polsce, nie wynikają z tego, że zrobiliśmy za dużo reform, tylko za mało. Proszę zauważyć powszechne narzekanie na służbę zdrowia. Ile w niej było reform? A niemal wszystkie obracały się w kręgu socjalizmu, czyli pozornej bezpłatności. A jak coś jest bezpłatne, to znaczy, że płacimy w gorszy sposób - poprzez podatki. Najwięcej problemów jest zatem tam, gdzie jest za mało reform.
W których obszarach – Pana zdaniem – było za mało reform, oprócz służby zdrowia?
W szkolnictwie wyższym. Mamy w nim ciągle dużo socjalizmu, bo dominuje własność publiczna, która jest finansowo preferowana, a prywatna jest przez to dyskryminowana. Tylko z tej racji, że uczelnie są publiczne, dostają więcej państwowych pieniędzy niż uczelnie prywatne. Takiej dyskryminacji na poziomie zasad nie ma nawet w służbie zdrowia: kontrakty mają być tam rozdawane między różne szpitale, niezależnie od tego, czy są publiczne, czy prywatne. Jeżeli się nie zreformuje szkolnictwa wyższego przez wyprowadzenie z niego socjalizmu, polskie uczelnie nie będą w stanie doganiać najlepszych na Zachodzie.
Reformy wymaga także wymiar sprawiedliwości. Jakiej? Żeby nie było skandalicznych sytuacji polegających na przewlekłości postępowań, żeby nie ścigano ludzi niewinnych. Na przykład, gdy przyjrzymy się prywatyzacji, to widzimy, że ministrowie, którzy nic nie robili, chodzą w glorii, a ci, którzy dużo robili z pożytkiem dla Polski, byli lub są ścigani przez prokuraturę.
Czy tempo prywatyzacji powinno diametralnie wzrosnąć? Czy to powinna być nasza recepta na uzdrowienie finansów publicznych?
Jest wiele przedsiębiorstw, które upadły, bo nie zostały sprywatyzowane. W takiej sytuacji zaczyna być np. Cegielski. Własność państwowa to ostatecznie władza polityków i urzędników państwowych nad ludźmi w przedsiebiorstwach. To nie sprzyja ich rozwojowi, mówiąc delikatnie. Nie dlatego, że politycy są z natury źli, tylko mają system bodźców, które zmuszają ich do tego, żeby byli popularni. A dobre prowadzenie przedsiębiorstw od czasu do czasu wymaga trudnych decyzji. Także opóźnianie prywatyzacji jest społecznym szkodnictwem, bo ludziom, którzy pracują w przedsiębiorstwach, grozi utrata pracy wskutek tego, że firmom państwowym grozi upadek. Ponadto powstała wielka dziura w finansach publicznych i im w większym stopniu będzie finansowana przez przychody z prywatyzacji, tym mniejszy będzie przyrost długu publicznego, który jest groźny.
